Przewodnik turystyczny Partnerzy w projekcie Obiekty turystyczne
Dodaj swoją wycieczkę Zobacz wycieczki na mapie Atrakcje turystyczne Gastronomia Noclegi Mapa

Trzebnickie legendy

LEGENDA O POWSTANIU TRZEBNICY

Posłuchajcie! Przed laty, dawno, dawno temu, bór tutaj szumiał i zwierzyny było pełno. W tych to lasach – jak głosi legenda – książę Henryk, Brodatym zwany, wielki miłośnik łowów, często na jelenie polował. Ścigając raz pięknego rogacza, książę oddalił się od swojej drużyny i znalazł się niespodziewanie pośrodku trzęsawiska, zdradliwie pokrytego bujną roślinnością. Nie było odwrotu. Koń księcia grzązł. Coraz głębiej i głębiej zapadał się w bagno. Wtedy to Henryk Brodaty uczynił ślub, że jeżeli uratuje się od tak strasznej śmierci, zbuduje w tym miejscu klasztor. W tym samym momencie, wynurzył się nagle z zarośli otaczających bagno, brodaty węglarz, który pomógł jeźdźcowi wydostać się z trzęsawiska.
   
Zanim Henryk zdążył mu podziękować i obiecać sowitą nagrodę, węglarz znikł.
   
Natomiast w miejscu, w którym ugrzązł koń księcia, wytrysło źródełko. Powróciwszy do domu, książę wszystko opowiedział swojej żonie, księżnej Jadwidze i natychmiast rozkazał trzebić las oraz budować klasztor i kościół.
   
Tak ta piękna i bardzo stara legenda wyjaśnia przyczynę powstania – w tym miejscu – trzebnickiej bazyliki i źródełka, które ocembrowane studzienką, dotąd istnieje w podziemiach tego kościoła. Żal tylko, że źródełko mające ponoć cudowną moc w leczeniu chorób, przestało już bić.
              
Legendarne źródełko wyschło, ale świątynia książęca wzniesiona na miarę ambicji królewskich Henryka Brodatego, służy nadal chwale Bożej i świadczy o wielkości i potędze jej fundatora, najwybitniejszego władcy najstarszej linii Piastów śląskich czasów rozbicia dzielnicowego.

Opracowanie: Leontyna Gągało

ŚPIĄCY RYCERZE ŚW. JADWIGI

W 1849 r. Roman Zmorski w redagowanym przez niego, a wydawanym w Budziszynie „Stadle” opublikował opowieść „Kościół św. Jadwigi w Trzebnicy”. Weszła ona następnie do jego edycji podań i baśni ludowych (1852, 1902 r.). Zmorski potwierdzał stałe związki ludności polskiej z sanktuarium trzebnickim. Stwierdzał że „ludność Śląska Górnego i Dolnego (koło Sycowa, Międzyborza, Milicza) tudzież powiatów wielkopolskich Śląskowi przyległych w wielkiej czci chowa kościół trzebnicki i częstymi go pielgrzymkami nawiedza.”
   
Zmorski przytoczył piękną legendę krążącą wśród ludności polskiej, świadczącą – jak podkreślał o jej historycznej świadomości. Uważał, że wiąże się ona z pamięcią o bitwie z Tatarami pod Legnicą.    

Oto ta legenda:
   
„Za dawnych czasów przyszli raz byli pod Trzebnicę Turcy z ogromnym wojskiem, domagając się, żeby Polacy przeszli na ich wiarę, a kościół na turecki zamienili. Polacy, choć ich była tyko mała garstka, nie chcieli na to przystać, ale zaczęli się bić. Bili się tak doskonale, że chociaż zaledwie jeden chrześcijanin był na dziesięciu Turków, pobili ich przecież wszystkich; ale cóż, kiedy i z Polaków jeden dowódca żywy został, a i ten śmiertelnie raniony.
   
Święta Jadwiga uprosiła tedy u Matki Boskiej, że zranionemu dowódcy wróciła zdrowie, a wszystkim, co za wiarę świętą polegli, śmierć im na sen zamieniła. Leżą oni wszyscy, przez aniołów przeniesieni, wraz z bronią swoją, w ogromnej jaskini pod trzebnickim kościołem; rany ich się pogoiły, śpią twardo, ale żyją. Sam jeden dowódca nie śpi, w pośrodku lochu siedzi na kamieniu z ogromną brodą, na płaszczu oparty, i odmawia różaniec. Dawniejszymi nieco czasy jaskinia ta nie była bardzo głęboko pod ziemią, a jedna dziewucha, biorąc piasek, natrafiła raz na wejście. Weszła – a obaczywszy owych rycerzy, zlękła się srodze, lecz dowódca przemówił do niej, żeby się nic nie bała, ostrzegł tylko, żeby wychodząc nie poruszyła dzwonu u wnijścia wiszącego.
   
Płocha dziewczyna umyślnie go poruszyła – i oto na dźwięk dzwonu wszyscy wojacy schwycili się ze snu i stanęli pod bronią... Rozgniewany wódz, że wojsku jego sen przed czasem przerwano, zamknął się z nim głębiej w ziemię – i odtąd nikt jaskini tej znaleźć nie może. Ale kiedy będzie wojna o wiarę, dowódca sam w dzwon uderzy, a śpiący rycerze wstaną, wyjdą na świat z bronią, będą walczyli i zwyciężali.”
   
Na kanwie tej legendy oparł sztukę „Śpiące wojsko św. Jadwigi” – Józef Chociszewski. Autor pisze już o Henryku Pobożnym i Tatarach. Roman Zmorski pisze też o cudownym źródełku: „...Kościół ten, wraz z okazałym klasztorem do niego należącym, założony został przez Henryka Brodatego, męża świętobliwej Jadwigi. Podług tradycji miał on kiedyś na polowaniu zagrząść z koniem w źródlisku tu się znajdującym, a nie mając znikąd pomocy, uczynił ślub, że jeśli się wyratuje, kościół w tym miejscu wystawi. Źródełko ono, ocembrowane studzienką, dotąd istnieje w piwnicy pod kościołem; pobożni pielgrzymi przyznają mu moc cudowną w uzdrawianiu chorób...”

W 2000 roku TMZT zorganizowało konkurs na „Legendę o Ziemi Trzebnickiej”. Na konkurs wpłynęło 145 prac z różnych miejscowości. Powstało wiele pięknych legend o miejscowościach, historycznych postaciach i zabytkach ziemi trzebnickiej. Jedną z nich – legendę Pauliny Fontin z klasy VI b Zespołu Szkół w Zawoni publikujemy:

CUDOWNE ŹRÓDEŁKO ŚW. JADWIGI

Historia, którą wam opowiem wydarzyła się bardzo dawno temu. Było to w czasach, kiedy panowali królowie i książęta, dziewczęta wydawano za mąż w bardzo młodym wieku. Tak też rozpoczyna się opowieść o Jadwidze.
   
Jadwiga była śliczną, mądrą, wyrozumiałą i bardzo pobożna dziewczyną. Uwielbiała czynić dobro tym, którzy tego potrzebowali. Gdy postanowiono, że w wieku 12 lat wyjdzie za mąż, nie sprzeciwiała się, mimo że przyszły mąż był dużo starszy. Przyjęła tę decyzję z pokorą. Wkrótce została żoną Henryka Brodatego. Mąż miał dla niej wiele zrozumienia i kochał ją bardzo. A Jadwiga, jak przystało na jej młody wiek, pomysłów miała bez liku. Najwięcej radości sprawiały jej dobre uczynki wobec bliźnich. Tak ją wychowano w przyklasztornej szkole. Pewnej letniej nocy postanowiła, że wyruszy z wozami pełnymi żywności do wsi oddalonej o kilka godzin jazdy konnej. Okolica ta podobała jej się szczególnie, darzyła ją pewnym wyjątkowym sentymentem. Uwielbiała te pagórki, wzgórza, kręte dróżki, małe laski i zagajniki. Czuła się tam tak dobrze jak nigdzie indziej. Nie mówiąc nic mężowi, ruszyła w drogę. Po kilku godzinach jazdy Jadwiga postanowiła, że pojadą krótszą drogą. I tak też zrobili.
   
Gdy przejeżdżali przez niewielki las, nagle zachwiało wozem, pękło koło. Noc była ciemna, przy blasku pochodni trudno było naprawić i założyć koło. Księżna nic nie mogła zrobić, choć bardzo chciała dotrzeć do wioski i jak najszybciej wrócić do domu, by nie niepokoić męża. Usiadła na ogromnym kamieniu, rozpłakała się. Czuła się bezradna. Wielkie łzy popłynęły jej po policzkach, spadały w trawę. Wkrótce udało się nałożyć naprawione koło, wyruszono w drogę. Uradowani ludzie witali Jadwigę z miłością i wdzięcznością. Po rozdaniu darów, wrócili czym prędzej do domu, gdzie czekał zniecierpliwiony książę. Musiała wytłumaczyć się przed Henrykiem. On tak bardzo ją kochał, że wszystko jej wybaczył. Po kilku tygodniach księżna powtórzyła wizytę do tej samej wioski. Ludzie przybiegli i opowiadali, jak po tamtej nocy, kiedy do nich jechała z żywnością, w lasku, gdzie wywrócił się wóz, obok wielkiego kamienia, wytrysnęło źródełko. Jadwiga uśmiechnęła się delikatnie, wiedziała czyj to dar. I tak właśnie powstała legenda o źródełku, które istnieje do dziś i przynosi naszej okolicy dumę, chlubę i zapis w historii życia św. Jadwigi.

CZY W TRZEBNICY ŻYŁY KRASNOLUDKI?

Przed tysiącami lat, trzebnicka góra – zwana dziś popularnie „Kociakiem” – była wyższa i miała bardziej strome zbocza. Wyglądem przypominała czapkę krasnala. Na jej stokach, w rozpadlinach i małych zagłębieniach, żyły sobie małe ludki, które strzegły wielkiego skarbu ukrytego we wnętrzu góry.

Te małe ludki, zwane powszechnie krasnoludkami, to nie groźne duszki tak, jak germańskie trolle, ale swojskie, poczciwe, dobroduszne skrzaty, które kochały ludzi. Pomagały wszystkim okolicznym mieszkańcom, a szczególnie biednym i potrzebującym pomocy. Nie lubiły tylko skąpców, chciwców i niedowiarków. Im płatały złośliwe figle.

Trzebnickie krasnale, raz w roku, w wigilię św. Jana (23 czerwca) otwierały dostęp do swoich skarbów. Jednak do podziemia mogli wejść wyłącznie ludzie dobrzy, uczciwi i szlachetni. Natomiast źli, chciwi, żądni władzy i sławy nie mieli prawa wstępu.
Współżycie Trzebniczan z krasnoludkami układało się bardzo dobrze. Trwało tak do czasu, kiedy Trzebnica była drewnianą osadą. Kiedy jednak jej mieszkańcy zamarzyli o budowlach z cegieł i na północnym stoku góry założyli cegielnię, spokojne dotąd życie krasnoludków zostało zakłócone, a ich skarb zagrożony. Bowiem kopacze gliny, z której wyrabiano cegły, drążyli górę coraz głębiej i głębiej. Wówczas to postanowiły one przeprowadzić się na inne wzniesienie Wzgórz Trzebnickich.
Z wielkim trudem i mozołem przeniosły swoje skarby podziemnymi korytarzami do nowej siedziby, a same wyszły na powierzchnię swojego pradawnego wzniesienia i z rozrzewnieniem pożegnały znajome okolice i żyjących u podnóża góry mieszkańców klasztoru i miasteczka. Gdy otarły łzy, zeszły z góry i ruszyły traktem do nowego miejsca zamieszkania.

Na drodze spotkały jadącego wołami z targu trzebnickiego chłopa z Węgrzynowa, którego poprosiły o podwiezienie. Gdy dojechały do skrzyżowania dróg, ślicznie mu podziękowały, a w nagrodę za dobre serce chłopa, załadowały mu cały wóz gałązkami winorośli i jabłoni. Oburzony chłop wyrzucił później gałęzie jako zbędny, niepotrzebny balast.

Po powrocie do domu, żona zauważyła, że coś na wozie błyszczy się i świeci. Gdy z mężem sprawdziła to dziwo, okazało się, że były to resztki pozostawionych na wozie gałązek winogron i jabłoni, które zamieniły się w złoto. Chłop zbladł i zaklął ze złości. Natychmiast ruszył szukać wyrzuconych tak bezmyślnie gałęzi. Niestety, nic nie znalazł w tym miejscu, bowiem ziemia wciągnęła do swego wnętrza ten gałązkowy złoty skrab. Smutny, zawiedziony i zły na siebie, wrócił do domu. Tak krasnoludki zakpiły sobie z bezmyślności wieśniaka.

Gdy krasnale opuściły trzebnicką górę, jej szczyt zapadł się, aby wypełnić luki powstałe po wyniesionych skarbach. Po obsunięciu się wierzchołka góra przybrała nowy kształt, kształt podobny do kaczego lub kociego grzbietu. Stąd obok geograficznej nazwy – Winna Góra, nosi ona także miano Kacza Góra lub Kocia Góra.

Krasnoludki zniknęły z Trzebnicy, ale zostawiły mieszkańcom tej ziemi osobliwy skarb – gałązki winorośli i jabłoni. Obdarowany nimi chłop, kiedy ochłonął ze złości i przemyślał „nauczkę” krasnali, zrozumiał, że prawdziwym skarbem tej ziemi jest uprawa krzewów winorośli i drzew jabłoni. Od tamtych czasów po dziś dzień Trzebnica słynie z winnic i sadów jabłoni.

Pamięć o trzebnickich krasnoludkach już dawno zaginęła w pomrokach dziejów, ale ich góra zwana dziś „Kociakiem”, kryje nadal w sobie jeszcze wiele tajemnic, a być może i zapomnianych skarbów, które przez nieuwagę zostawiły dobroduszne skrzaty. Warto też przyjrzeć się kształtom okolicznych wzniesień, może w którymś z nich żyją teraz trzebnickie krasnale.

Opracowanie: Leontyna Gągało
PIERŚCIEŃ KRÓLOWEJ

Według legendy Katarzyna z Opalińskich Leszczyńska, matka Marii Karoliny, podczas pielgrzymki do grobu św. Jadwigi, zatrzymała się ze swoim dworem w Polskiej Wsi koło Trzebnicy. W tym czasie, w oddalonym o kilka kilometrów Wilczynie Leśnym, gościł w zameczku myśliwskim król Polski, August II Sas. Władca ten był śmiertelnym wrogiem rodu Leszczyńskich, swoich politycznych oponentów. Gdy szpiedzy przynieśli mu wieść, że w pobliskiej wsi narodziła się córka wojewody Stanisława Leszczyńskiego, wysłał tam swoich zbirów, aby pojmali niemowlę. Tak też uczynili. W nocy napadli na uśpiony dworek i porwali Marynkę wraz z kołyską. Za napastnikami ruszyła pogoń. Na szczęście porywacze zgubili w ciemnościach drogę. Zamiast na Węgrzynów skierowali się do Piekielnego Wąwozu. Tam dopadła ich odsiecz Marynki. Ocalone niemowlę oddano zrozpaczonej matce. Jednak w wąwozie, podczas szamotaniny z napastnikami, zaginął ukryty w kolebce bezcenny, rodowy klejnot – pierścień, który Marynka otrzymała w prezencie urodzinowym od swojej ciotki – Konstancji Leszczyńskiej, wojewodzianki podlaskiej, zakonnicy klasztoru cysterek w Trzebnicy. Jak chce legenda, zaginiony wtedy pierścień Marynki ukryty jest nadal w Piekielnym Wąwozie i można go zobaczyć tylko raz w roku – w noc urodzin przyszłej królowej Francji, ten kto odnajdzie zaginiony klejnot, będzie szczęśliwy i bogaty. Data urodzin Marynki – 23 czerwca zbiega się z wigilią nocy świętojańskiej, nocy podczas której można znaleźć przynoszący szczęście kwiat paproci.

Opracowanie: Leontyna Gągało

Skomentuj Poleć Drukuj

"Wokół Wrocławia - promocja walorów środowiska naturalnego gmin otaczających aglomerację
jako nowy produkt turystyczny Dolnego Śląska"


projekt dofinansowany ze środków EFRR i środków publicznych w ramach Działania 6.5 Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Dolnośląskiego